speccy.pl
Facebook Like


SPECCY.PL

[SPECCY.PL PARTY 2020.1]

[WIKI SPECCY.PL]
Polecamy

Polskie Komputery
KOMITET SPOŁECZNY KRONIKA POLSKIEJ DEMOSCENY
PIXEL HEAVEN 2020
AYGOR
Forum ZX Spectrum
Zawartość panelu chwilowo niedostępna
Archiwum plików ZX Spectrum
Nawigacja
Janusz Gajewicz - elektronik, programista jakich coraz mniej
Janusz Gajewicz - elektronik, programista jakich coraz mniej.

Janusz Gajewicz był znany głównie z oprogramowania dla ZX Spectrum wydawanych przez wydawnictwo KWCz w latach osiemdziesiątych. To na jego produktach całe rzesze młodzieży uczyło się ortografii, matematyki czy też robiło sobie tekst inteligencji. Piszę ‘był’ ponieważ kilka dni temu dotarła do mnie informacja o śmierci Pana Janusza. Historia tego wywiadu ciągnie się od 2016 roku, kiedy to nawiązałem kontakt. Ostatnia aktualizacja i autoryzacja tekstu nastąpiła w lutym tego roku.

Zacznijmy od klasycznego pytania. Czy mógłbyś się przedstawić?

Tak właśnie brzmi pierwsze pytanie, na które jest wymagana w miarę precyzyjna odpowiedź. Zacznę zatem standardowo – urodziłem się w niedzielę. Był rok 1951 i w Polsce właśnie dokonywano pierwszych przymiarek do planu 6-letniego. Tak więc dzień 18 marca tego właśnie roku to szczęśliwy początek mojego życia. Katowice – tu właśnie uczęszczałem do szkół wszelakich. W wieku 24 lat otrzymałem dyplom ukończenia Politechniki Śląskiej i prawo używania tytułu inżyniera. Elektronika – to było wtedy modne. Modna była także praca na kopalni. Chcąc zatem nadążać za tym trendem rozpocząłem moje życie zawodowe właśnie na kopalni. Kopalnia ma się dobrze do dzisiaj, ja zresztą też. Każdego dnia jadąc do pracy z poważaniem i nie skrywaną zazdrością spoglądałem na tych, którzy znajdowali się wyżej niż ja. Ja również chciałem być wyżej niż byłem. Jak powszechnie wiadomo dobre chęci to dużo, ale do sukcesu jeszcze sporo brakuje. Chcąc zatem mieć ciekawszą pracę i godziwy zarobek zmieniałem pracę dobrych kilka razy. W końcu zmieniłem także oprócz pracodawcy również i kraj. Decyzja nie była łatwa, ale jednak się stało. Firma Siemens zyskała nowego pracownika. Elektronika medyczna w tej firmie rozwijała się nieustannie a ja przy okazji również. Tak więc od pamiętnego dnia moich urodzin przeskoczyłem do dnia dzisiejszego. Uwielbiam letnie urlopy nad polskim morzem i bywam tu każdego roku. Cenię sobie spokój i ciszę. Za największe nieszczęście uznaję brak możliwości logicznego myślenia oraz nieumiejętność przeniesienia teorii do praktyki

Pamiętasz pierwszy kontakt z komputerem?

Rok 1970, grudzień. Okres tuż przed świętami Bożego Narodzenia. Jedyny wtedy na Śląsku zakład projektujący i produkujący elektronikę dla górnictwa. Tu także daje się zauważyć świąteczna atmosfera – więcej luzu na co dzień, nawet przełożony nosi nieco luźniej swój krawat. Pewnego dnia zawiadamia nas, że zakład otrzymał właśnie do użytku komputer. Mamy więc możliwość zapoznania się z tym nowym nabytkiem. Będzie to jednak prezentacja nieoficjalna, gdyż komputer będzie oddany do użytku w przyszłym roku. Następnego dnia wraz z grupą kilku kolegów przeszliśmy do pomieszczenia, o istnieniu którego nawet nie wiedzieliśmy. No cóż, 10-piętrowy gmach miał jednak swoje możliwości...

W niewielkim pomieszczeniu na szarym stoliku znajdowała się maszyna do pisania. Obok na stojaku rolki papieru z dziwnymi dziurkami, jakieś metalowe pudełko i druga maszyna do pisania. W pierwszej chwili pomyślałem sobie, że jest to zaawansowana wytwórnia biletów tramwajowych... Dobrze jednak, że nie wyraziłem swej myśli na głos.

Mój szef rozpoczął prezentację od tego, że nazwał po imieniu to, co właśnie widzieliśmy. Mówiąc krótko maszyna do pisania nazywała się terminal. Druga też. Jedna służyła do wprowadzania danych, czyli pełniła funkcję klawiatury. Drugie urządzenie było przeznaczone do drukowania na papierze pobieranym z roli. Taśma z dziurkami to nośnik danych. No pewnie – dziś to wszystko jest oczywiste. Wtedy jednak było nieco inaczej. Szef mówił, dotykał, naciskał i wykazywał się swoją wiedzą. W końcu drukarka zaczęła coś drukować. Głośno, powolutku i pewnie dokładnie. Gdy nastała cisza, ktoś stojący obok mnie zapytał nieśmiało – a gdzie jest komputer?

Przełożony wyjaśnił, że znajduje się w sąsiednim pomieszczeniu. Wstęp do tego pomieszczenia ma tylko wąskie grono specjalistów. W następnych dniach rozpoczęliśmy testy komputera. Owa machina incognita pozwalała na komunikację wyłącznie za pomocą klawiatury i drukarki.

Jedyne co wtedy opanowałem do perfekcji to drukowanie wierszyków i obrazków złożonych z liter. Na prawdziwy kontakt z komputerem dane mi było czekać ponad jedną dekadę.

Przez następnych kilkanaście dni miałem okazję zasiąść samodzielnie przed klawiaturą i dokonać pierwszych prób komunikacji z komputerem. Była to Odra 1003. Produkowana w zakładach ELWRO we Wrocławiu. Również ELWRO we współpracy z Uniwersytetem Wrocławskim opracowało coś, bez czego komputer nie był w stanie odpowiedzieć na „zaczepki“ operatora – język programowania. Język nosił adekwatną do swojej funkcji nazwę – MOST. Był to dosłownie most łączący operatora i komputer. W tej chwili nie pamiętam już składni tego języka, ale nie to jest najważniejsze. Znacznie ważniejszym było coś innego - brak programów. Dziś wydaje się to oczywiste, że oprogramowanie stanowi integralną część systemu. Wtedy nie było nic. Użytkownik miał zatem do dyspozycji system i setki metrów czystej papierowej taśmy perforowanej. Program należało sobie napisać lub zlecić tę czynność programiście, który wtedy w każdej firmie był nie kwestionowanym „guru“. Najczęściej jednak to użytkownik był jednocześnie programistą. Dlaczego? Programistów było wtedy niewielu. A jeśli już taki się znalazł to stawiał takie warunki zatrudnienia, że pracodawca przyjmował rozwiązanie alternatywne – zrobimy to sami, panu na razie dziękujemy. Albo przynajmniej spróbujemy zrobić to sami – potem się zobaczy…

Pojęcie algorytmu aczkolwiek już wtedy znane nie miało dużego znaczenia – algorytm istniał najczęściej tylko w głowie programisty i raczej rzadko widywało się go na papierze. Program pisało się „live“ używając klawiatury i wprowadzając linijka po linijce rozkazy. Każdy wystukany znak był drukowany na papierze i zapisywany także na taśmie perforowanej. W ten sposób taśma cierpliwie przyjmowała pisany program. Składnia wprowadzanych rozkazów na tym etapie pracy nie była sprawdzana. Wystarczył jeden błąd, gdzieś brakująca kropka lub jedna spacja za dużo, aby kompilacja i uruchomienie programu zakończyło się krótkim acz bardzo bolesnym komunikatem o błędzie. Dziś usuwanie błędów to procedura nieodłącznie związana z pisaniem oprogramowania. Wtedy było inaczej. Najczęściej pracę rozpoczynało się od nowa i najczęściej następnego dnia. A jeśli powracało się do tematu tego samego dnia oznaczało to, że program jest krótki i problem niewielki, jest zatem czas nie spokojne zapalenie papierosa, wypicie herbaty i powrót przed klawiaturę z nadzieją znalezienia błędu.

Gdy wreszcie program coś wygenerował wcale nie oznaczało, że można już na całkowitym luzie oddać się słodkiemu nic nierobieniu. Należało jeszcze cierpliwie sprawdzić otrzymane wyniki. Gdy weryfikacja dobiegła pomyślnego końca następowała wtedy okazja do ostatecznego omówienia wyników, wprowadzenia poprawek i napisania kolejnej wersji programu. Aby osiągnąć zamierzony efekt należało tę pracę lubić oraz mieć pojęcie o tym, co jest wymagane, aby program jak najmniejszą liczbą rozkazów dotarł do wyznaczonego celu. Tzw. „gotowców“ wtedy nie było a przechowywane w archiwum papierowe taśmy z własnymi programami stanowiły stabilną podstawę do dalszego rozwoju. I chociaż były to tylko obliczenia numeryczne dziś możliwe do zdefiniowania w kilkunastu komórkach Excela wtedy oznaczały także między innymi to, że wiem i potrafię. A nic tak wspaniale nie poprawia samopoczucia jak drobne sukcesy odnoszone każdego dnia. Sukcesy te gwarantowało bardzo skromne z dzisiejszego punktu widzenia urządzenie. Wtedy będące partnerem, dziś pozostającym tylko narzędziem pracy lub służącym rozrywce.

A co było po Odrze? Jaki był kolejny komputer z jakim miałeś styczność i go oprogramowywałeś?

Od mojego pierwszego kontaktu z komputerem minęło ponad 10 lat. Zawodowo coraz bardziej zajęty elektroniką zmieniłem miejsce zamieszkania na M4 w betonowym bloku. Nawet w ciągu lata w upalne dni, gdy temperatura wewnątrz mieszkania osiągała 25 °C dało się zauważyć zimne promieniowanie ścian. W każdy czwartek wczesnym wieczorem zasiadałem przed telewizorem aby obejrzeć magazyn „Sonda“. W którymś z nich pan Andrzej Kurek zapowiedział emisję specjalnego niedzielnego programu, który w całości będzie poświęcony komputerowi „Spectrum“. Tego nie mogłem przegapić! Był to początek roku 1983. Program zaczął się o godzinie 10 rano i trwał do godziny 20. Było to kilka kilkunastominutowych „wejść“ prowadzonych na żywo. Prowadzącym był Andrzej Kurek, który z właściwą sobie pasją przedstawił bohatera programu – „Spectrum 48k“. W programie zostały zaprezentowane możliwości Spectrum, programy użytkowe i gry. Dwie z nich pamiętam do dzisiaj – „Tanx“ oraz „Horacy Goes Skiing“. W tym właśnie dniu postanowiłem sobie, że i ja taki komputer będę posiadał.

O ile sam plan był bardzo dobry o tyle jego realizacja nie przebiegała już tak gładko. Skontaktowałem się z firmą NOWATECH z Katowic, która te komputery oferowała do sprzedaży. Ale tylko dla przedsiębiorstw. Umówiłem się jednak na wizytę u dyrektora naczelnego z mocnym postanowieniem, że uda mi się zdobyć upragniony komputer. Pan dyrektor umożliwił mi zakup komputera poprzez firmę polonijną działającą na terenie Austrii. Równocześnie otrzymałem zamówiony u rodziny w Anglii drugi komputer. Ten jednakże generował obraz w systemie NTSC i konieczna była jego przeróbka. Pozostało do załatwienia jeszcze jedno – oprogramowanie. Zatem telefon do Andrzeja Kurka i wizyta gmachu telewizji na Woronicza. Otrzymałem jedną 60-minutową kasetę zapełniona nowiutkimi programami. A potem przez kilka dni nie było mnie dla nikogo…

W końcu zdobyłem się na odwagę i zacząłem pisać własne programy. Początkowo te proste wyłącznie w Basicu (1984) później także z wykorzystaniem kodu maszynowego. W latach 1986 – 1988 część z tych programów została opublikowana przez Krajowe Wydawnictwo Czasopism. Współpracowałem także z Rozgłośnią Harcerską, która emitowała programy na Spectrum w paśmie UKF korzystając gościnnie z użyczonego czasu antenowego Programu IV Polskiego Radia.

Regularnie odwiedzałem Andrzeja Kurka. Już nie na Woronicza, lecz w jego mieszkaniu na Ursynowie. Wymienialiśmy się programami średnio raz w miesiącu przez dobrych kilka lat. Stopniowo rozszerzałem krąg swoich znajomych. Łączyło nas jedno – Spectrum. Firma NOWATECH widząc rosnącą popularność Spectrum rozpoczęła produkcję i sprzedaż własnego oprogramowania. Któregoś dnia wpadłem na pomysł aby skontaktować ze sobą Andrzeja Kurka i dyrektora NOWATECH-u. W efekcie tej znajomości powstał odcinek Sondy poświęcony zastosowaniu Spectrum w audiologii.

W mojej macierzystej firmie zastosowałem Spectrum do obliczania zarobków.

Spectrum obsługiwało bez jakichkolwiek problemów drukarki Seikosha więc nawet główny księgowy nie protestował, że dokumentacja finansowa posiada trochę inną formę…

W latach 80. pracowałem jako tzw. nauczyciel dochodzący w szkole zawodowej. Mój prywatny Spectrum często był stosowany podczas lekcji służąc jako niezawodna pomoc naukowa. Jednakże wcześniej należało posiedzieć trochę w domu, aby przygotować odpowiedni materiał lekcyjny.

Okres ten wspominam z wielkim sentymentem – kilkanaście lat pracy z młodzieżą, pytania, częste dyskusje i pomysły na nowe zastosowania Spectrum, a także tematy lekcji, które nie były w programie nauczania. Ale jakże mogło być inaczej – czas Spectrum właśnie nadszedł.

Czy mógłbyś opowiedzieć bardziej szczegółowo o współpracy z twórcami programu Sonda?

Powrócę jeszcze na kilka chwil do kontaktów z twórcami Sondy. Rzeczywistość była taka, że chcąc się umówić na wizytę w Warszawie należało wpierw znaleźć przynajmniej jeden powód, aby mojego przyszłego rozmówcę przekonać do bezpośredniego spotkania. Samo stwierdzenie typu „mam Spectrum, szukam programów“ uznałem za mało przekonywujące. Niemniej jednak poszukiwania innych argumentów uznałem za stratę czasu i skoncentrowałem się na znalezieniu numeru telefonu do zespołu Sondy. Upłynęło sporo dni zanim ktoś ze współpracowników Sondy udostępnił mi ten tak poszukiwany numer telefonu. Bez ociągania się zadzwoniłem na podany numer. Po drugiej stronie usłyszałem znajomy głos - to był Andrzej Kurek.

W chwili obecnej nie pamiętam, jak przebiegała rozmowa. Lecz efekt był taki, że w kilka dni później siedziałem wygodnie w pociągu ekspresowym „Górnik“ jadącym do Warszawy i krótko przed godziną jedenastą byłem na dworcu centralnym. O ile dotarcie na ulicę Woronicza nie było żadnym problemem o tyle przejście w gmachu Telewizji przez portiernię już takie proste nie było. Portiernia pracowała w asyście kilku wojskowych. Była to późna wiosna roku 1983 i stan wojenny trwał w najlepsze. Pan Andrzej osobiście mnie stamtąd odebrał i udaliśmy się do windy. Pojechaliśmy chyba na 6 piętro i za chwilę zająłem miejsce w jednym z kilkudziesięciu pomieszczeń. Pokoik był mały, jeśli nie powiedzieć maluteńki. Dwa biurka, jedna szafa, jedno duże okno i drugi twórca Sondy – Zdzisław Kamiński. Pan Andrzej opisał sposób w jaki nabył Spectrum. Potem wyjaśnił, że używa Spectrum jako generatora tytułów do swoich programów. Także część logo programu jest generowana w Spectrum na bazie kodu napisanego przez pana Andrzeja. Problem tkwi w tym, że Spectrum wysyła obraz na czarno-biały monitor z którego następnie „zbiera“ go studyjna kamera i przekazuje na stół mikserski. Nie było to rozwiązanie zbyt eleganckie. Pan Andrzej był zainteresowany interfejsem umożliwiającym bezpośrednie skierowanie sygnału video ze Spectrum na stół. Obiecałem zająć się tym tematem mając na myśli mojego kolegę Michała z krakowskiego Telpod-u, który byłby w stanie coś takiego zbudować. Pan Zdzisław od czasu do czasu uzupełniał wypowiedzi Andrzeja. Spokojnie i z pewnym dystansem. Odnosiłem wrażenie, że oto oglądam kolejny odcinek programu Sonda na żywo. Wystarczyło tylko słuchać, zaczynała pracować wyobraźnia i widziało się wspaniały świat informatyki bez pomocy studyjnej kamery...

W sumie po tej pierwszej wizycie byłem bogatszy o przekonanie, że oto poznałem nowego zapaleńca, który Spectrum traktuje niemal jak członka rodziny i który wie co z tej maszynki można wydostać. Była to maszynka nie tylko do gier. Chęć tworzenia czegoś własnego inspirowała nas przez długie lata znajomości. Każde nasze następne spotkanie zaczynało się od tylko nam znanego z sensu zapytania – czy masz jakieś POKI?

Tu muszę pokrótce wyjaśnić genezę powstania tego powitalnego pytania. Wiemy dobrze, że każda gra się kiedyś kończy. Braknie amunicji, tlenu czy też energii. Jeżeli programista założył sobie, że w danej grze możemy 3 razy stracić życie to prawdopodobieństwo ukończenia gry jest bardzo problematyczne. Stąd też zaczęliśmy się zabawiać w poszukiwanie w kodzie programu tego miejsca, które gwarantowało uzyskanie tak drogocennego „wiecznego życia“. Nie zawsze jednak znalezienie np. sekwencji DEC HL i wstawienie w to miejsce NOP oznaczało sukces. Niekiedy tak zmieniona gra po załadowaniu wykonywała piękny reset a Spectrum informowało spokojnie o nazwie producenta i dacie światowej premiery.

Instrukcja POKE umożliwiała modyfikacje pamięci RAM z poziomu Basica i była bardziej poręczna niż bezpośrednie zmiany w kodzie gry.

Zatem pozytywna odpowiedź na zapytanie o nowe POKE oznaczała tylko jedno – oto określona gra po modyfikacji umożliwi dojście do ulubionego końca.

Podczas któregoś spotkania pan Andrzej postawił przede mną nowy komputer. Czarna obudowa, duże klawisze i klawisz spacji o normalnych wymiarach. Na moje pytanie co to za komputer uzyskałem odpowiedź, że jest to nowa klawiatura firmy Fuller Micro Systems wraz z obudową, wewnątrz której znajduje się płyta przełożona z oryginalnego Spectrum. Całość robiła piorunujące wrażenie. Kupiona w Anglii podczas przygotowywania materiałów do kolejnego odcinka Sondy.

Znajomość z panem Andrzejem przyniosła także inne pozytywne efekty. Wymiana programów i doświadczeń wymogła na mnie poszukiwanie osób, które podobnie jak ja były zafascynowane Spectrum. Był to czas jeszcze bez Internetu, do dyspozycji był jedynie telefon i poczta. Jednak w miarę szybko krąg moich znajomych uległ powiększeniu. Oznaczało to dopływ nowych programów, a więc także dawało okazję do nauczenia się czegoś nowego.

Z biegiem lat wraz z panem Andrzejem zwracaliśmy coraz większą uwagę nie na gry, ale głównie na programy edukacyjne. W naszych zbiorach było mnóstwo własnych programów, które nigdy nie wyszły poza fazę prób i testów. Były to krótkie procedury pisane w kodzie maszynowym czy też podprogramy pisane w Basicu mogące być następnie wykorzystane w wielu funkcjonalnie różnych programach finalnych. Wspólnie zakupiliśmy program Logo. Pan Andrzej próbował w ten sposób zarazić informatyką swego kilkuletniego syna Mateusza.

Interfejs pomiędzy Spectrum i stołem mikserskim nigdy nie powstał. Pamiętam jedynie, że problem i tzw. technikalia były omawiane pomiędzy panem Andrzejem i mną. Coś na pewnym etapie uzgodnień nie zostało doprecyzowane. Pomysł upadł, być może obaj nie mieliśmy dość samozaparcia, aby go doprowadzić do końca.

Znajomość z panem Andrzejem i Zdzisławem przerwało samo życie. Krótko, tragicznie i boleśnie. Żaden INC HL nie był w stanie tu cokolwiek zmienić...

Kilkanaście lat później po tym wydarzeniu skontaktowałem się listownie z dyrekcją programu 1 TVP. Zaproponowałem kontynuację programu Sonda. Bazą do tych nowych programów miały być wybrane fragmenty z oryginalnej Sondy uzupełnione o nowe fakty i aktualny stan wiedzy na temat poruszany w konkretnym wydaniu sprzed lat. Wydań oryginalnych było niemal 500, znacznie mniej zachowało się w archiwum. Ale i tak jest w czym wybierać.

Odpowiedzi nie otrzymałem. Propozycja jest nadal aktualna, może ktoś znajdzie chęci i środki?

Kiedy zacząłeś programować na ZX Spectrum? To było przed czy po kontakcie z redakcją Sondy?

Programowanie na Spectrum rozpocząłem po pierwszym kontakcie z zespołem Sondy. Była to późna wiosna roku 1983. Motywem do takiego samodzielnego działania było widoczne każdego czwartku na ekranie telewizora logo programu Sonda budowane linia po linii.

Uznałem, że najlepszym wzorem do naśladowania będą gotowe listingi programów zamieszczane w czasopismach. Także oryginalny podręcznik do Spectrum dawał wgląd w możliwości Basica. Zbiór posiadanych wtedy programów ograniczał się do jednej 60-minutowej kasety. Posiadałem także kopię tej kasety, wtedy jednakże jeszcze nikt nie nazywał tejże oficjalnie „backupem”.

Mój potencjał startowy uzupełniał także program do kopiowania – lecz nie był to tak bardzo popularny Copy-Copy. To niezbędne narzędzie pojawiło się później. Spectrum doczekał się także niewielkiej przeróbki. Na górze obudowy z prawej strony pojawił się przycisk umożliwiający dokonanie resetu komputera. W ten sposób „firmowe” rozwiązanie problemu resetu polegające na chwilowym wyjmowaniu wtyczki zasilacza przeszło do historii. Druga przeróbka polegała na wyprowadzeniu sygnału wizyjnego ze Spectrum. Z tym nie było większych problemów. Nieco przeróbek wymagał czarno-biały telewizor Neptun. Przejście na bezpośrednie przesyłanie sygnału wideo zaowocowało absolutnie ostrym i kontrastowym obrazem. Do ostatecznej oceny gotowych programów głównie pod względem kolorystyki służył telewizor Sony z kineskopem Trinitron.

Tak wyposażony w sprzęt rozpocząłem swoje pierwsze próby komunikacji ze Spectrum na poziomie programisty. Celem nie było pisanie od razu gotowego programu, te pomysły pojawiły się później. Koncentrowałem się głównie na krótkich blokach pełniących jasno i konkretnie zdefiniowane funkcje. Bardzo dużą pomocą było pojawienie się procedury w asemblerze umożliwiającej powiększanie znaków UDG lub tych zapisanych w ROM Spectrum. Równie często wykorzystywałem bardziej elegancką metodę ładowania obrazu rozpoczynającego program. Zamiast zaczynać ładowanie od adresu pamięci 16384 (adres pamięci obrazu – przyp. Krystian Włosek) obraz był wysyłany w wyższy obszar RAM i po załadowaniu całości wraz z atrybutami był przepisywany do pamięci obrazu. Także nieco dziwnie wyglądające rozkazy BASICA w rodzaju „INK NOT PI“ lub LET a=VAL „365“ przynosiły znaczne oszczędności jeśli chodzi o pamięć zajmowaną przez program. Również start pierwszej linii Basica programu wgrywanego z taśmy można było przedstawić w bardziej eleganckiej formie.

Zamiast tradycyjnego np. „Program: TIM“ na ekranie pojawiała się jedynie centralnie umieszczona nazwa TIM na białej linii biegnącej przez całą szerokość ekranu.

Nie został zrealizowany pomysł, aby w trakcie kilkuminutowego ładowania programu z taśmy już w pierwszych sekundach po starcie z głośniczka zaczęła się wydobywać jakaś miła muzyczka zamiast radosnego popiskiwania. Ale udało mi się tę ideę wprowadzić w życie programując po latach Amigę.

Moje prace zostały ulokowane w obszarze programów edukacyjnych.

Liczył się pomysł i jego atrakcyjna realizacja. W tym miejscu pragnę wspomnieć o programie Ortografia. Prace nad tym programem rozpocząłem w połowie roku 1984. Po kilku miesiącach program był gotowy. Podczas kolejnego spotkania z moim kolegą Michałem z Krakowa otrzymałem od niego kasetę, na której był program o takiej samej nazwie. Po uruchomieniu okazało się, że jest to niemal dokładnie to samo, co ja sobie wymyśliłem. Autor, Jacek Potempa był dobrym kolegą Michała, mieszkającym podobnie jak i Michał w Krakowie. Zapytałem Jacka czy z uwagi na duże walory dydaktyczne programu nie chciałby go zaprezentować szerszemu gremium.

Odpowiedź była pozytywna i kaseta z programem została przekazana w ręce Andrzeja Kurka. Kilka miesięcy później program Ortografia wraz z kilkoma innymi został zaprezentowany w programie Sonda poświęconemu całkowicie polskim programom na Spectrum.

Od Jacka otrzymałem około 2kB kodu w asemblerze jego autorstwa pozwalającego na generowanie figur geometrycznych. Moduł ten był całkowicie relokowalny i najczęściej siedział w końcówce RAM-u. Parametry były przekazywane z Basica i dzięki ominięciu instrukcji DRAW, PLOT i CIRCLE pozwalały na szybsze generowanie grafiki. Procedurę tę wykorzystywałem we własnych programach bardzo często.

Czy masz jeszcze kontakt z Jackiem Potempą i innymi, z którymi wymieniałeś doświadczenia?

W chwili obecnej nie mam już kontaktu z Jackiem. Jedyny kolega, który z tamtych czasów jest aktywny to Michał. Obecnie w Kanadzie, wyjechał z Polski pod koniec lat 80. Pamiętam doskonale, gdy podczas jednego ze spotkań przedstawił mi wersję Spectrum 64 kB. Jak tego dokonał? Wystarczyło w miejsce stosowanych przez Sinclaira kości 48 kB wlutować pełnosprawne 64 kB. Sinclair używał co prawda do budowy Spectrum pamięci 64 kB ale takich, w których jeden bank 16 kB był uszkodzony. Pewnie pozwalało to obniżyć koszty produkcji. Michał zbudował także z układów TTL dokładną kopię układu ULA. Schemat tego układu był wtedy niedostępny...

Jak wyglądała Twoja praca nad programem, masz swój sposób na tworzenie oprogramowania. Czy zdarzyło się coś zabawnego lub strasznego, co pamiętasz do dziś?

Jak już kiedyś wspomniałem algorytm programu istniał najczęściej w głowie programisty. Mój sposób pisania programów daleko nie odbiegał od tej zasady. Liczył się przede wszystkim pomysł. Następny krok to szkic na papierze przedstawiający dokładne rozmieszczenie elementów graficznych z dokładnym opisem współrzędnych na ekranie. Tu wymagana była dokładność, natomiast nie wskazany był pośpiech. Żadnych skrótów i uproszczeń – te zasady obowiązują także i obecnie. Następnie należało zdefiniować nazwy zmiennych. Potem następowało przeniesienie tegoż na płaszczyznę programowania. Powstawał szkielet programu, który pozwalał na przeprowadzenie testów funkcjonalnych. Zawsze na tym etapie pojawiała się konieczność dokonywania poprawek.

Krok następny to odporność programu na błędne dane wprowadzane przez użytkownika. Potem zabezpieczenie przed użyciem BREAK. Końcowe prace to upiększanie i gładzenie programu w obszarze grafiki, doboru kolorów czy też pozycjonowania niektórych elementów. Czy to już wszystko? Niemal tak. Brakuje jeszcze testów. Programy przeznaczone dla dzieci powinny być także testowane przez najmłodszych. Maluch zasiadając do Spectrum nie miał żadnych złych ani dobrych przyzwyczajeń a tym bardziej żadnych uprzedzeń – on po prostu był sobą. Obserwacja jego zachowania pozwalała na dokładną ocenę użyteczności i funkcjonalności programu bez stawiania wielu pytań. Dzieci widzą znacznie więcej w programach niż dorośli i angażują się bardziej emocjonalnie.

Proces tworzenia programu nie zawsze przebiegał gładko i sprawnie. Trudno definiowalnym ogniwem w tym łańcuchu był człowiek. Lata 80. to czas budowania cyfrowych zegarów i budzików. Pewnego dnia zgłosiła się do mnie osoba z propozycją napisania programu zamieniającego Spectrum w cyfrowy zegar z alarmami. Jak na owe czasy idea odkrywcza i z ochotą zabrałem się do pracy. Gdy przedstawiłem roboczą wersję programu mój znajomy specjalnie zachwycony nie był. Jego frustracja osiągnęła wartość maksymalną, gdy dowiedział się, że całość jest napisana w asemblerze. Przecież ja tu nic nie zmienię – stwierdził żałośnie. Była to niestety prawda, bez znajomości asemblera lepiej w ten obszar nie wchodzić. Nie pozostało mi nic innego jak zgodnie z jego życzeniem napisać to samo w Basicu.

Czy ktoś sobie to wyobraża? Mój znajomy akurat sobie to właśnie dokładnie wyobrażał i na nic zdały się tłumaczenia o dokładności takiego rozwiązania. On chciał posiadać kod programu, który w każdym miejscu może zmienić. Skoro tak, nie pozostało mi nic innego jak zapomnieć o wyżynach pisania w kodzie maszynowym i przejść do podstaw, czyli do Basica. Po kilku dniach otrzymałem reklamację – ustawienie alarmu jest niemal nie możliwe. To prawda – skoro program jest zajęty wyświetlaniem w pętli godzin, minut i sekund to jak ma jeszcze zdążyć odpytać klawiaturę? A skoro czeka na wprowadzenie danych z klawiatury to jak ma odliczać czas?

Znajomy jednak nie zrezygnował i postanowił wprowadzać wartość alarmu bezpośrednio do programu. Można i tak...Poinformowałem go również i o tym, że wygrywanie skocznej melodyjki alarmu z użyciem BEEP gwarantuje powtarzalność tegoż alarmu na poziomie kurnika. Pod warunkiem, że w kurniku tym jest co najmniej jeden aktywny kogut. Ta oto historia dowodzi, że upór nie zawsze jest właściwym środkiem do osiągnięcia celu, zaś praca talentu nie zastąpi.

Znamy już sposób pracy, jakim się posługiwałeś. Czy mógłbyś przybliżyć nam swoje programy na ZX Spectrum? Które powstały z inspiracji Sondy, a które z potrzeby swojej albo znajomych?

Pracując w szkole zawodowej nieraz łączyłem przyjemne z pożytecznym odbiegając znacznie od planu nauczania. Wtedy głównym bohaterem dnia był Spectrum. Właśnie podczas tych zajęć powstała idea napisania programu pozwalającego sprawdzić wiedzę i zdolność logicznego myślenia. Mój wybór padł na testy inteligencji. Nazwa wiele mówi, ale do samej realizacji było jeszcze daleko. Przede wszystkim należało dotrzeć do takich testów. W grę nie wchodziło jakiekolwiek tworzenie własnych pytań. Był to czas bez Internetu. Dziś szukanie jest proste. Wtedy do dyspozycji były biblioteki i czasopisma. Po wielu miesiącach przygotowań udało mi się wreszcie zebrać niezbędny materiał i przeobrazić tenże w formę programu. Tak powstał pierwszy test. Zachęcony zainteresowaniem z jakim spotkał się ten program przystąpiłem do pisania następnych. Łącznie napisałem 3 programy z tej serii.

Wcześniej powstał program Matematyka. Inspiratorem tego programu był Andrzej Kurek. Podczas jednego z naszych spotkań omówiliśmy zasady i funkcje. W sumie zadanie proste, ale jak to zwykle bywa pomysłów ulepszania programu przybywało w miarę pisania. Ostateczna wersja została przeznaczona do publikacji przez Krajowe Wydawnictwo Czasopism w Warszawie.

Program ten znakomicie działa do dzisiaj ciesząc moje wnuki.

Program TIM. Protoplastą tego zestawu był spotkany w jednym z czasopism opis gry NIM. Gdy już NIM przybrał postać zrozumiałą dla Spectrum i poprawnie zadziałał okazało się, że ze swoją bezwzględnością wygrywał każdą rozgrywkę. Dołączyłem więc do tego programu jeszcze dwa inne bloki. Taki tercet doskonale nadawał się do zainteresowania grającego przez długie godziny rozwojem sytuacji na planszy pozwalając pogodzić się z przegraną w NIM.

Program Zegar powstał specjalnie dla najmłodszych. Era zegarków cyfrowych dopiero nadchodziła i wpadłem na pomysł, aby w jednym programie połączyć zegar analogowy i cyfrowy. Zadanie się udało a program stał się bardziej popularny po publikacji w zbiorach World of Spectrum.

Muszę przy tej okazji wspomnieć o przeróbkach programów. W latach 80 dostęp do Spectrum nie był z pewnością masowy i nie pod każdą strzechą taki komputer mógł znaleźć sobie miejsce. Miałem kontakt z pewną grupą osób, która była zdolna zgromadzić kilkanaście Spectrum 48 w jednym miejscu. Cel był jeden – zarobek. Każdy kto miał trochę grosza w kieszeni mógł sobie wynająć Spectrum na określoną liczbę godzin. Programy też były dostępne za opłatą. Głównie przychodzili tam fani gier, skłonni poświęcić parę złotych np. na Manic Minera. Aby zwiększyć rotacyjność klientów takiego salonu gier właściciel wpadł na pomysł, aby ograniczyć ilość poziomów gry do kilku. Z tego właśnie powodu powstały okrojone wersje gier, głównie platformowych. Klient był informowany o przeróbce, lecz i tak chętnie zasiadał do gry. W końcu chyba każdy, kto nie posiadał Spectrum na własność dałby wiele, aby spędzić jak najwięcej czasu naciskając szare klawisze lub męcząc joystick.

A jak wyglądał proces wydawania gier poprzez KAW? Z kim trzeba było rozmawiać, czy Wydawnictwo miało swoje wymagania, jak wyglądał proces przygotowania programu do publikacji?

Podczas jednej z moich licznych wizyt na giełdzie w Krakowie wiosną roku 1985 roku oprócz dostępnego tam sprzętu i programów zainteresowało mnie coś innego. Była to rozmowa prowadzona w grupie kilku osób na temat działalności wydawniczej prowadzonej przez Krajowe Wydawnictwo Czasopism.

Z zainteresowaniem przysłuchiwałem się tej rozmowie. Wynikało z niej, że Wydawnictwo zamierza prowadzić także dystrybucję autorskich programów dla Spectrum. Po kilku dniach skontaktowałem się telefonicznie z Wydawnictwem i otrzymałem dane osoby, która była upoważniona do prowadzenia rozmów z autorami gotowymi opublikować swoje prace. W kilku zdaniach przedstawiłem swój dotychczasowy dorobek i zapytałem, czy mogę coś zaproponować do ewentualnego rozpowszechnienia. Uznałem, że skoro zależy mi na publikacji, to muszę posłać najlepszy towar jaki aktualnie posiadam. Wybór padł na Test Inteligencji. Uzgodniliśmy, że program dostarczę drogą pocztową do testów. Po kilku tygodniach otrzymałem wiadomość, że publikacja programu jest możliwa. Wydawnictwo nie zgłosiło żadnych sugestii odnośnie poprawek w algorytmie lub wyglądzie Testu. Wymagane było jedynie umieszczenie logo KWCz na loading-screen. Zmiana ta została dokonana przez wydawcę. Także wydawca zabezpieczał program przed kopiowaniem stosując turboloader. Świadom zatem swoich praw i obowiązków pojechałem któregoś dnia do Warszawy w celu podpisania umowy. Umowa precyzowała także wynagrodzenie autorskie. Była to jednorazowa suma wypłacana po wprowadzeniu programu do sprzedaży. W sierpniu 1985 program pojawił się na rynku a ja otrzymałem egzemplarz autorski Testu. Radość i satysfakcja była wielka. Była to pierwsza i jednocześnie udana próba publikacji. Pamiętam, że w jednym z wydań tygodnika „Razem“ pojawiła się recenzja tego programu. Następnie opublikowane zostały TIM i Arytmetyka. Procedura wprowadzania programu na rynek była identyczna jak pierwszego – testy i żadnych poprawek w kodzie programu. Muszę tu jednak dodać, że zanim wysłałem coś do publikacji prosiłem kilka osób z kręgu moich znajomych o dokonanie weryfikacji programu i zgłaszanie wszelkich uwag. Nie ma bowiem nic gorszego jak samozadowolenie programisty i przeświadczenie, że raz napisany program nie wymaga żadnych przeróbek. Dobry tester i dobry programista to dwa zupełnie rożne pojęcia.

Lata pracy ze Spectrum z pewnością były okresem radosnym, twórczym i pożytecznym. Tak jak w każdej dziedzinie konieczność poszerzania zdobytej wiedzy także i tutaj była obowiązująca. Dostępna wtedy na polskim rynku literatura z pewnością pozwalała na dalsze doskonalenie umiejętności. Wspomnę krótko o jednym z wydań miesięcznika „Komputer”. W dziale poświęconym PC autor w sposób bardzo trafny sformułował kilka spostrzeżeń odnośnie pracy z programami graficznymi. Uwagi te są aktualne także i dziś, gdy dostępność i ilość oprogramowania wspomagającego twórczość jest przeogromna. Jest jeszcze coś, o czym autor wtedy nie napisał – poniższe dotyczy każdej dziedziny naszej działalności i twórczości. W zasadzie uwag, które wtedy przeczytałem nie potrzeba komentować – wystarczy je tylko zrozumieć i w miarę możliwości stosować. Otóż pierwsze stwierdzenie brzmiało tak – „praca talentu nie zastąpi”. Dziś słyszymy wielokrotnie, że właśnie mozolną i wytężoną pracą dochodzi się na wyżyny sukcesu. Czy jednak zawsze? Uzupełnieniem tego stwierdzenia jest kolejne, być może bulwersujące, ale jednak prawdziwe - „dobry rzemieślnik będzie tylko dobrym rzemieślnikiem”. Zapamiętałem także i kolejne - „poczucie estetyki jest miarą inteligencji”.

Uwagi te znajdują pełne odzwierciedlenie w życiu. Gorąco polecam. Nie zapominajmy także i o tym, że suma drobnych sukcesów składa się na ten większy, ale też nie oczekujmy, że nastąpi to dnia następnego. Także więcej nie oznacza przejścia w lepiej.

Do kiedy pisałeś programy na ZX Spectrum? Jakiemu komputerowi w dalszej kolejności się poświęciłeś?

Przygoda ze Spectrum trwała do końca roku 1989. Zbiór moich programów powiększał się powolutku acz systematycznie. Więcej czasu zatem poświęcałem na gry niż na programowanie. Ostatnimi moimi autorskimi programami były dwa testy inteligencji. Nie zostały nigdzie opublikowane i krążyły jedynie w kręgu znajomych a później w Internecie. Wówczas jednak nie zdawałem sobie sprawy z tego, że do pisania programów na Spectrum wrócę w roku 2016. Ale wracamy do roku 1987. Na rynek wprowadzano komputery 16-bitowe, pojawiło się pojęcie PC i nasze poczciwe Spectrum zaczęło tracić na atrakcyjności. Rok 1990 oznacza w moim życiorysie przeprowadzkę do Niemiec. Nastąpiło więc definitywne pożegnanie ze Spectrum. Zachowałem jednak swoje zbiory kaset, były one zbyt cenne, aby się z nimi rozstawać.

W Niemczech Spectrum nie było nigdy tak popularne jak w Polsce. Tu prym wiódł C64 zastąpiony wkrótce przez Amigę. Inna klasa sprzętu, wspaniały jak na owe czasy dźwięk. Mój kontakt z Amigą nastąpił w roku 1991. Był to model 500. Pierwsze co należało uczynić to zapewnić sobie źródło dostaw programów. Skoro już tak się stało to następnym krokiem był powrót do przeszłości – pisanie softu. Warunkiem powodzenia takiego przedsięwzięcia było nie tylko posiadanie sprzętu, ale i odpowiedniego oprogramowania. Gdy połączyłem pierwsze z drugim powstała jedna z wersji Matematyki. Z dźwiękiem, obrazem i szybkim dostępem do dyskietki. Nastała zatem pora, aby znaleźć wydawcę. Znalazłem i zapytałem o współpracę. Owszem tak, ale nie do końca tak... Aby myśleć o poważnej współpracy należało zapewnić instalację programu z dyskietki na twardy dysk. To był warunek podstawowy. A zatem nie pozostało nic innego jak postarać się o bardziej rozbudowaną Amigę. Moja kieszeń zniosła mężnie i ten wydatek. Obok Amigi 500 stanęła Amiga 2000.

Zanim jednak zakończę ten fragment jestem winny jeszcze krótkie wyjaśnienie, dlaczego na wstępie wspomniałem o roku 2016. Otóż w trakcie pisania tych wspomnień związanych z erą Spectrum z konieczności byłem zmuszony przejrzeć swoje programy. Coś tam uzupełniłem, coś usunąłem. Następnie doszedłem do wniosku, że dlaczego właściwie nie napisać coś od początku... Właśnie dlatego w lutym 2016 powstały dwa nowe programy – Kalendarz 2 oraz Kalendarz 3. Zachowałem styl lat 80. – brak polskich liter. Polecam uwadze.

A więc Amiga 2000. Co na niej powstało?

Rok 1992 był momentem rozpoczęcia pracy na Amidze 2000. Mam na myśli czas poświęcony na pisanie własnych programów. Dużą pomocą było pojawienie się kompilatora Basica dla Amigi. Dzięki temu cały blok programu był pisany w Basicu noszącym ładną nazwę Amos. Składnia języka obejmowała także obsługę animacji spritów oraz operacje na plikach audio. W sumie programista miał w zasięgu najważniejsze funkcje pozwalające w pełni wykorzystać potencjał Amigi. Równolegle do A2000 pracowała także i A500. Używana była głównie do testów gotowych programów.

Jak już pisałem algorytm to coś takiego co często istniało tylko w głowie programisty. Ja zbytnio nie odbiegałem od tej zasady. Powróciłem więc do Matematyki i Testów Inteligencji. Te wersje jako pierwsze znalazły się na rynku niemieckim. Mój wydawca, z którym nawiązałem współpracę prowadził bardzo konsekwentną i aktywną politykę marketingową. Jednym z obszarów tej działalności były testy programów zamieszczane w miesięczniku Amiga Magazin. Dzięki temu popularność programów z serii Matematyka wzrosła do tego stopnia, że wydawca firma OASE zamówił ich następne wersje obejmujące między innymi działania na ułamkach i wielomianach.

Równolegle do tej działalności pisałem te same wersje programów w języku polskim. Sprzedaż na rynku polskim odbywała się przez długie lata dzięki współpracy z Fundacją Edukacji Technologicznej mającej swą siedzibę w Warszawie. Opublikowana wreszcie została oprawiona w muzykę i animacje Ortografia. Przez długie lata był to mój ulubiony program. Mam tu na myśli takie gadżety jak muzyka w trakcie ładowania czy instalacji programu z dyskietki czy też animacje ukazujące się w tym samym czasie na ekranie. Wersja programu zainstalowana na twardym dysku pozwalała na modyfikację zbioru słów i dodawanie nowych używanych następnie w trakcie testu. Jeśli na dyskietce pozostało jeszcze nieco miejsca to zapełniałem je muzyką lub różnorodnymi efektami graficznymi. Ta nadmiarowość pozwalała na wprowadzenie w życie rozwiązania polegającego na losowym powiązaniu efektów audio i grafiki w trakcie pracy programu. Każde uruchomienie skutkowało nieco inną oprawą graficzną i efektami.

Powstał także program Biorytmy i Ortografia w języku niemieckim. Seria Matematyka weszła w obszar rozwiązywania równań z jedną niewiadomą. Popularność tych programów wzrastała dzięki moim udziałom w różnych konkursach organizowanych przez polskie czasopisma poświęcone Amidze. Dużo w tej mierze zawdzięczam Markowi Pampuchowi. Co prawda miesięcznik, którym kierował nosił podobną nazwę jak i ten wydawany w Niemczech – Magazyn Amiga lecz treści obu były zupełnie różne. Pan Marek często recenzował moje programy. Miało to te dobre strony, że ilekroć takowa recenzja ukazała się w druku zawsze była to motywacja do napisania kolejnej wersji programu uwzględniającej sugestie Autora zawarte w recenzji.

Łącznie na Amigę powstało 14 tytułów w języku polskim i niemieckim. Niestety w moich zbiorach nie zachowały się wszystkie dyskietki z ówczesnymi programami. Czas obcowania z Amigą był jednak inny z charakteru niż wcześniejsze lata spędzone ze Spectrum. O ile praca na Spectrum wymagała odpowiedzi na pytanie co i jak napisać o tyle Amiga wymagała przede wszystkim odpowiedzi na inne - jak w pełni uaktywnić jej potencjał. Starałem się te możliwości wykorzystać w stopniu wynikającym z mojego doświadczenia dając użytkownikowi możliwość nie tylko zabawy, ale także i nauki.

Programowanie to nie wszystko. W co najczęściej grałeś?

Każdy posiadacz Spectrum prędzej czy później zetknął się z bogatą ofertą gier. Odwieczne pytanie w co grać w przypadku Spectrum nie wymagało głębszego zastanowienia przy udzielaniu odpowiedzi. Rynek gier miał się dobrze. Zanim stałem się posiadaczem Spectrum zdążyłem zapobiegawczo zgromadzić kilka kaset z grami.

Pierwszą grą, którą uruchomiłem po zakupie Spectrum była „Galaxian”. Jako nieudolny gracz kończyłem tę grę po kilku minutach. Nie były wtedy znane modyfikacje umożliwiające uzyskanie tzw. wiecznego życia. Gra każdego dnia była równie interesująca jak poprzedniego wieczoru.

„Pssst” i „Lunar Jetman“ to kolejne dwie pozycje w moim zestawie. Dlaczego właśnie te? „Pssst” opierała się na nie tuzinkowym pomyśle natomiast „Lunar Jetman“ całkowicie nie wymagał myślenia – wystarczyło celnie strzelać. Myślenie było natomiast wymagane w grze „Think!”. Już sam tytuł zobowiązywał. Jednakże jeszcze więcej frajdy dawał program „Reversi”. W zależności od producenta moje szanse na wygraną były znikome lub wymierne. „Backgammon” z kolei oprócz zmagań z algorytmem stworzonym przez programistę dawał możliwość gry dwóch osób. Wspaniała zabawa, spokojnie i bez pośpiechu.

Przebój „Knight Lore” zna chyba każdy. Nigdy jednak nie ukończyłem tej gry. Powody były dwa – zbyt mała jak dla mnie ilość życia i brak mapy. Błądziłem po przylegających do siebie pokoikach bardziej będąc zafascynowany scenerią niż postępem gry.

„Fred” autorstwa hiszpańskiej firmy Investronica S.A po wspinaczce w piramidzie wychodził cało na pustynię mogąc cieszyć swe oczy nocnym rozgwieżdżonym niebem. I to wszystko bez mapy, wyłącznie z moim udziałem. Labirynt piramidy był generowany pseudolosowo – to świetny pomysł.

Krótką chwilę rozrywki zapewniał „Jumping Jack”. Tu kończyłem zabawę wkrótce po jej rozpoczęciu. Im wyżej zajdziesz tym niżej możesz spaść. Samo życie.

Wymienione tu tytuły wystarczały mi na długie miesiące. Z Galaxianami zmagam się także i dziś. Już bez stresu, z wiecznym życiem, świadom swojej potęgi. Szkoda, że nasza wspaniała gra jaką jest nasze życie nie daje możliwości wprowadzenia POKE. Ale właśnie dlatego jest ciekawie. Warto żyć, aby grać.

Amiga pozwalała na tworzenie rozbudowanych, multimedialnych programów edukacyjnych. Czasy Amigi dobiegały końca, co było po niej?

Odpowiedź jest krótka i konkretna – rozwój sprzętu i dostępnych systemów operacyjnych dyktował kierunek, w którym należało podążać.

Lata 90 ubiegłego wieku to czasy DOS i Windows. Mieszkam i pracuję w Niemczech. Amiga jest jeszcze obecna na rynku i ja nadal dzielnie podążam obranym przed laty kierunkiem wspomagając ją tym, co był w stanie wytworzyć samodzielny programista. Jednakże poziom jakościowy programów w implementacji na DOS czy Windows wymagał już nieco innego podejścia do procesu tworzenia oprogramowania – pojedynczy programista nie był w stanie stworzyć czegoś przebojowego pracując samodzielnie. Liczył się zespół i ścisły podział zadań dla każdego, kto w nim pracował. W mojej pracy zawodowej skoncentrowałem się na obsłudze baz danych tworząc aplikacje według życzeń klientów. Wszystko to biegło już w ramach pracy w firmie specjalizującej się w tworzeniu tego rodzaju oprogramowania. Pracowałem w grupie kilku osób. Otrzymaliśmy do dyspozycji Visual Basic w wersji dla Windowsa oraz tydzień czasu, aby się z tym zapoznać i potem przejść do przedstawienia konkretnych efektów pracy w postaci gotowego produktu. Pamiętam moje zdziwienie, gdy po pierwszym uruchomieniu edytora VB z przerażeniem stwierdziłem, że pisząc program nie jest konieczne używanie numeracji poszczególnych linijek programu. Zresztą sam program też był podzielony na bloki związane z poszczególnymi obiektami i raczej nie było możliwe wylistowanie gotowego programu w jednym kawałku. Wspomniany już tydzień jaki otrzymałem na zapoznanie się z nowym środowiskiem programistycznym wystarczył tylko na pobieżne zapoznanie się z najnowszym produktem Microsoftu. Pragnę dodać, że nadal piszę o czasach, gdy nie było Internetu. Dostępne wtedy informacje na temat sztuczek i tricków mogących być przydatnymi w codziennej pracy programistycznej zdobywało się w większości na podstawie samodzielnych prób i błędów lub też w skromnej jak na owe czasy literaturze fachowej. Wiedza była wtedy w cenie, podobnie jak i dzisiaj.

Po kilku latach od wprowadzenia na rynek VB Microsoft udostępnił w swoich produktach z serii Office dodatek pod nazwą VBA – Visual Basic for Applications. Aczkolwiek nie jest to typowy język programowania to tworzone w nim skrypty w zastosowaniu do Excela stosuję chętnie do dnia dzisiejszego.

Rok 1996 oznacza definitywne pożegnanie się z tworzeniem softu. Wtedy to podjąłem pracę w firmie zajmującej się projektowaniem i produkcją urządzeń pomiarowo-kontrolnych. Po kilku latach przeszedłem do Siemensa, gdzie zajmowałem się elektroniką medyczną. Rok 2016 oznacza dla mnie przejście na emeryturę.

Jednakże chęć tworzenia dała znać o sobie także i w tym okresie już pozornego spokoju. Od roku 2013 zajmuje się tworzeniem grafik. Współpracuję z kilkoma firmami zajmującymi się sprzedażą grafik i zdjęć. Nadal sam w zaciszu domowym tworzę, rysuję i koloruję. Jestem – i to mnie cieszy najbardziej…

Elektronika – czy towarzyszyła w twoim życiu?

Kontakt był codzienny. Po pierwsze z racji mojej pracy zawodowej. Po drugie zaś, że w wolnych chwilach miałem zawsze lutownicę i płytkę drukowaną w ręku. Budowałem wzmacniacze o szalonej mocy 2x 3 Waty, miksery, timery, odbiorniki radiowe, urządzenia zapłonowe do samochodów. A także gry zwane wówczas telewizyjnymi. To było coś szczególnego. Szczyt rozwoju tych gier to przełom lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych XX wieku. Jedną z czołowych firm produkujących w tym czasie gotowe układy scalone pozwalające zbudować gotową grę była firma General Instruments. Produkowała takie układy jak AY-3-8500 symulujące grę w tenisa i strzelanie do rzutków, AY-3-8610 czy też AY-3-8710 – bitwa czołgów. Postawiłem sobie za cel samodzielne zbudowanie tych wszystkich gier. Tu należy nadmienić, że w krajach zachodnich wystarczyło posiadać gotówkę i następnie udać się do większego sklepu z elektroniką, aby coś takiego nabyć bez żadnych problemów. Ja natomiast byłem zdany sam na siebie i zacząłem korespondencję z przedstawicielstwami firmy GI w Niemczech i Anglii. Skutek tej korespondencji był taki, że w ciągu paru długich miesięcy udało mi się otrzymać bezpłatnie wszystkie układy z serii AY-3-8xxx. Pozostało zatem wykonać płytkę drukowaną, znaleźć obudowę, wykonać joysticki i w końcu zasiąść przed telewizorem, aby rozkoszować się wirtualnym światem. Ponieważ od roku 1973 współpracowałem z redakcją „Radioamatora i Krótkofalowca“ postanowiłem zaproponować serię artykułów na ten temat. W efekcie tej współpracy opublikowałem opisy działania i samodzielnej budowy gier telewizyjnych bazujących na układach AY firmy General Instruments.

Muszę w tym miejscu wspomnieć koniecznie o słabych punktach w chociażby dwóch grach. Długie godziny spędzane z grą na układzie 8500 wykorzystywanym jako strzelnica do rzutków dały możliwość zdobycia maksymalnej ilości trafień bez stresu i wysiłku. Praktycznie gracz miał do dyspozycji 15 strzałów i teoretycznie mógł zaliczyć tyleż trafień. Zamiast jednak celować do poruszającego się kwadracika wystarczyło „strzelać” do wyniku na ekranie. Gwarantowało to wygraną w każdej sytuacji. Układ 8710 – bitwa czołgów, pozwalał z kolei na trick, dzięki któremu tor lotu pocisku odbiegał od powszechnie znanych praw fizyki. Otóż w momencie oddawania strzału należało dokonać niewielkiego obrotu całym pojazdem by wystrzelony pocisk poruszał się po eleganckim łuku. W ten sposób można było dopaść przeciwnika schowanego np. za symboliczną osłoną.

Na koniec sam zadam sobie dwa finałowe pytania i jednocześnie udzielę odpowiedzi. Czy warto programować? Moja odpowiedź brzmi – zdecydowanie tak. Na polskim rynku programistycznym działa obecnie pierwsze i drugie pokolenie tych osób, które w latach 80. stawiały pierwsze kroki jako programiści Z80, 6502 czy też 68000. Powstały polskie firmy produkujące oprogramowanie na światowym poziomie, jeśli chodzi o gry. Rozwój i postęp w tej branży jest ogromny. Jesteśmy w elitarnej grupie krajów, gdzie programista jest szanowany i doceniany. A jakie były początki? Być może ten wywiad chociaż częściowo dał odpowiedz na to ostatnie pytanie.

Dziękuję za niezwykle interesującą opowieść!

Wywiad przeprowadził: Krystian Włosek

Licencja Creative Commons Artykuł autorstwa Krystiana Włoska został wydany na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa - Użycie niekomercyjne - Bez utworów zależnych 4.0 Międzynarodowe License.
W oparciu o utwór dostępny pod adresem http://speccy.pl/articles.php?article_id=64

Brak komentarzy. Może czas dodać swój?
Dodaj komentarz
Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
Oceny
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się , żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?